Gdańszczanin Piotr Pielichowski w Rzymie. Jak dobrze zjeść za 4 euro [WIDEO]

Piotr Pielichowski
16.11.2014 14:45
W Rzymie każde 4 euro było kulinarną podróżą, to była wizyta podobna do spaceru po restauracjach z gwiazdkami Michelin, tylko że ze znacznie mniejszym budżetem.

Za poziom restauracyjny Starego Miasta w Gdańsku jest mi po części wstyd. To w zasadzie nie jest żaden poziom, a raczej lokale, które „odwiedzam, bo właśnie wyszedłem z pubu, trochę wypiłem i muszę coś zjeść”. Bo umieram z głodu. Trafiamy wtedy do miejsc, gdzie nikt się nie przykłada, nie wyszukuje produktów, nie robi menu sezonowego, nie mówiąc o poszanowaniu tradycji i wieloletnim doświadczeniu.

Podobne miejsca można znaleźć w Rzymie, zresztą jak i wszędzie w Europie. Ale są również te magiczne, z charakterem i wpisaną historią.

Świeżo, smacznie, prosto

Połowa restauracji w Rzymie to lokale komercyjne, dla turystów, gdzie nie przykłada się wagi do gotowania, do tego co i jak się podaje. Chodzi tylko o to, by wyciągnąć z turysty jak najwięcej kasy i podać mu byle co. Druga połowa to miejsca niecodziennie czynne, które nie mają szyldów i menu na ulicy, których nie obsługują naganiacze, nikt nas do nich nie zaprasza. To właśnie w nich jedzenie podają świeżo, smacznie i prosto. Bo właśnie taka jest kuchnia włoska - im bardziej na południe, tym prostsza.

Podczas ostatniego wyjazdu pierwszy wieczór spędziliśmy w winiarni, którą znałem wcześniej. Siedzieliśmy na zewnątrz, na beczkach, właściciel sam obsługiwał gości. Spotkaliśmy parę z Ameryki. My im lampkę wina, oni nam, my im, oni nam... Po czym dołączył się właściciel i przyniósł szampana. To tam powstał pomysł, by na żaden posiłek w Rzymie nie wydać więcej, niż 4 euro za osobę.

Woda zamiast wina

Zaczęło się od śniadania na dachu jednej z kamienic, za które zapłaciłem właśnie 4 euro. Potem było miejsce mocno związane z tradycją Włoch, małe delikatesy Antica Caciara, gdzie od 1900 r. produkuje się ser Pecorino Romano. Jeden krążek waży 35 kg, łatwiej się go toczy, niż niesie. Była też pizza w PiaDina e Crescione, również z wielką tradycją, sprzedawana w kawałkach, na wagę. Moja ulubiona - marinara, tylko z czosnkiem i sosem pomidorowym. Cienka, chrupiąca, z niewielką ilością sera, ale za to mocno aromatycznego. Trafiłem też do pięknego punktu z pastą - Pasta Fresca. Stary wystrój, sprzedawali tylko dwa rodzaje makaronu - jeden nazywał się „z mięsem”, drugi - „bez mięsa”. Pierwszy to spaghetti z mięsem i sosem pomidorowym, drugi to makaron z pesto bazyliowym i ziemniakami. Solidna i pyszna porcja za równiutko 4 euro. Odwiedziliśmy też manufakturę ciastek, w której pracuje rodzina Włochów. Niesamowicie nas przyjęli, a kiedy zobaczyli, że jestem z MasterChefa, bo niemal wszędzie chodziłem w tym swoim fartuchu, to zadzwonili po resztę rodziny, zlecieli się sąsiedzi. Kupiłem tam pudełko ciastek, za które zapłaciłem 7,6 euro. Najedliśmy się do syta, w budżecie się zmieściliśmy. Kolacje jedliśmy na Schodach Hiszpańskich. Wędzona dorada, a do tego alici, takie fileciki z sardelowatych. Zabrakło tylko czerwonego wina, choć i tak dziwnie już wyglądałem na tych schodach w tym fartuchu. A gdzie jeszcze z winem? Dlatego musiała wystarczyć woda, która w Rzymie jest za darmo.

Tu musi być smacznie

Szukając tych miejsc wchodziłem tylko tam, gdzie jest tłum, koniecznie Włochów, którzy przyszli zjeść np. po pracy. Szukałem miejsc na uboczu, gdzie na ścianach wiszą zdjęcia dziadka, ojca i syna. Tam musiało być smacznie i z tradycją. W Rzymie każde 4 euro było kulinarną podróżą, to była wizyta podobna do spaceru po restauracjach z gwiazdkami Michelin, tylko że ze znacznie mniejszym budżetem.

A teraz zastanówcie się, czy jest dobry fastfood, a raczej streetfood w Trójmieście, w którym zjecie dobrze za 4 euro? Nie wiem, czy jestem w stanie taki polecić. Może wy go znacie?

Piszcie na moim profilu na FB - facebook.com/piotrpielichowski.inspiracje

Piotr Pielichowski, gdańszczanin, jest uczestnikiem trzeciej edycji polskiego „Masterchefa”, kulinarnego show TVN.