Basia Ritz otworzyła restaurację. "Nie wiedziałam jak trudna jest rzeczywistość restauratora w Polsce"

Zuzanna Płończak
11.07.2014
Restauracja Basi Ritz, zwyciężczyni pierwszej polskiej edycji programu Masterchef

Restauracja Basi Ritz, zwyciężczyni pierwszej polskiej edycji programu Masterchef (Fot. Łukasz Głowala/AG)

Basia Ritz kazała czekać na swoją autorską restaurację ponad półtora roku od zdobycia tytułu pierwszego polskiego Masterchefa. - Miałam chwile załamania i momenty, w których zastanawiałam się, czy nie zaniechać tego projektu, bo myślałam, ze to się nie uda i nie dam rady - przyznaje restauratorka.

Swoją wygraną w Masterchefie Basia Ritz przyjęła z pokorą. Zanim zaczęła myśleć o własnym biznesie, odbyła bezpłatne praktyki w kilku restauracjach w Kolonii - jak każdy inny pracownik szorowała grille i obierała ziemniaki, bo chciała się nauczyć prowadzenia restauracji.

O zwycięstwie Basi telewidzowie dowiedzieli się około półtora roku temu. Od tego czasu wydała dwie książki, ale o restauracji w kontekście planów zamiast marzeń wspominała rzadko. Złośliwi kpili z całego przedsięwzięcia poddając w wątpliwość jego realizację.

Nie zważając na niepowodzenia, które kilkakrotnie już skutecznie uniemożliwialy otwarcie własnego lokalu, Basia dopięła swego i otworzyła "Ritza". Oprócz rodziny, wspierała ją także koleżanka z programu Agnieszka Sulikowska, która odpadła tuż przed finałem, a teraz pełni rolę managerki restauracji.

Jaka jest Twoja pierwsza myśl, kiedy wchodzisz do swojej restauracji?

B.R.: Kiedy znajdę akurat chwilę wytchnienia, żeby uzmysłowić sobie, co udało mi się osiągnąć, to czuję dumę, ale to są tylko chwilowe przebłyski, które zdarzają się rzadko. Staram skupiać się w stu procentach na pracy i właśnie o tym myślę, kiedy tu wchodzę. W restauracji spędzam większość dnia - to miejsce stało się moim domem. W związku z tym, że mój mąż jest jeszcze w Niemczech, musiałam tymczasowo oddać psa pod opiekę bratu. Strasznie za nimi tęsknię, ale dzięki temu mam czas żeby w pełni poświęcić się restauracji. Wszystko jest jeszcze świeże i kilka rzeczy wymaga dopracowania, ale dałam z siebie wszystko, co miałam dosłownie i w przenośni.

Co Cię zaskakuje w pracy restauratora?

B.R.: Brak czasu na sen. Non-stop muszę mieć oczy i uszy otwarte. Póki co, muszę dzielić się na wszystkie zadania. Gdyby nie Agnieszka, nie miałabym najmniejszych szans na przetrwanie.

Śpisz po kilka godzin na dobę, a mimo wszystko sprawia Ci to przyjemność?

B.R.: Z 24 godzin w dobie obecnie pracuję 20. Chyba jestem masochistką (śmiech). Muszę się przyznać, że miałam chwile załamania i momenty, w których zastanawiałam się, czy nie zaniechać tego projektu, bo myślałam, ze to się nie uda i nie dam rady. Nie zdawałam sobie sprawy jak trudna jest rzeczywistość restauratora w Polsce. W Kolonii bez trudu można dostać wszystkie świeże produkty, o jakich tylko pomyślisz. Tu są specjalne procesy zamawiania niektórych produktów, inne dostępne są bardzo rzadko. Wyobrażałam sobie, że pójdę na rynek i po prostu kupię wszystko, czego potrzebuję, a tak nie jest. Czasem zdarza się nawet, że to, co jest reklamowane jako świeże, nie zawsze odpowiada moim standardom. Często trzeba długo szukać i wiedzieć od kogo kupować, żeby towar był najwyższej jakości. Ludzie dziwią się, że na przykład ceny ryb tak bardzo różnią się w restauracjach, a to najczęściej nie wynika z rangi lokalu, tylko ze świeżości i jakości produktu. Ale trudności w kontekście dostępności produktów są dla mnie motywacją żebym była jeszcze bardziej kreatywna przy tworzeniu dań.

Jak mają się tu czuć goście?

B.R.: Jak w domu, ale chodzi mi o atmosferę, bo do jedzenia będą dostawać coś wyjątkowego i nietypowego. Mimo że używam prostych składników, dania są wyrafinowane. Kuchnia jest jak moda - im prostsza, tym bardziej elegancka. W kuchni nigdy nie komplikuję, a raczej staram się podkreślić smak produktów. Jeśli chodzi o sposób podania, Ritz nie ulega modom - nie podajemy napojów w słoikach. Dania serwujemy na tradycyjnej porcelanie z Lubiany, a sztućce mamy Gerlacha.

Kiedy rozmawiałyśmy pół roku temu, mówiłaś o nieco innym wnętrzu.

B.R.: Z początku miało być bardziej rustykalnie i przytulnie, ale plany pozmieniały się przez sufit. Jak tylko go zobaczyłam, obrałam zupełnie inną wizję. Do niego dopasowaliśmy resztę lokalu - postawiliśmy na styl nowoczesny. To nie był projekt architekta, a moje pomysły. Jedynymi osobami, które mi pomagały, był mój brat Aleksander z żoną Izabelą, którzy wspomagali mnie, dodawali swoje pomysły i na końcu przelewali wszystko na papier. Staraliśmy się stworzyć w restauracji minimalistyczne wnętrze, żeby wciąż go nie zmieniać i żeby goście mogli skupić się na jedzeniu. Wszystko ma być wygodne i dostępne. Jedynym elementem przełamującym surowość jest Rudolf (poroże przy barze - przyp. red.). Niektórzy pytają dlaczego on tu wisi, a ja po prostu nie wyobrażam sobie żeby tu nie wisiał, ponieważ jest w naszej rodzinie od dawna. Co roku czekamy z Ulim aż przemówi do nas na święta. (śmiech). Uli śmieje się, że teraz Rudolf ma lepszy widok przez całą dobę niż on.

Restauracja Basi Ritz, zwyciężczyni pierwszej polskiej edycji programu MasterchefFot. Łukasz Głowala/AG

Opowiedz o menu.

B.R.: Na ten moment ma 8 pozycji, a rozrośnie się maksymalnie do 12. Dodatkowo, serwujemy dania dnia spoza karty polecane przez kelnerów kiedy akurat trafi się jakiś wyjątkowy produkt. Właściwie wszystko, co tutaj podajemy, jest polskie, ale nasze dania nie są podawane w sposób tradycyjny i to je wyróżnia. Staram się stworzyć taką kartę, żeby każdy znalazł coś dla siebie - mamy mięso, drób, owoce morza, makaron. Mój mąż zdecydował, że w menu nie może zabraknąć ragout z kaczki z piersią z przepiórki z puree z selera aromatyzowanego czarną truflą, czyli dania, dzięki któremu dostałam się do Masterchefa.

Na jakie musiałaś pójść kompromisy?

B.R.: Zamieniłam szpilki na adidasy! (śmiech). Bo bycie restauratorem to bardzo ciężka praca, także fizyczna. W zasadzie nie poszłam na żadne kompromisy. Walczę o to, żeby wszystko było tak, jak sobie wymarzyłam, stąd też między innymi przesuwająca się data otwarcia.

Restauracja działa dopiero od kilku dni, ale póki co cieszy się dużym zainteresowaniem?

B.R: Mamy gości od rana do wieczora i bardzo mnie to cieszy. Przychodzi naprawdę wiele osób i czasami zdarza się nawet, że nie mają gdzie usiąść, bo sala mieści 38 osób. To, że już w pierwszym tygodniu trzeba rezerwować stolik, jest dla mnie ogromnym sukcesem. Póki co staramy się nie zapełniać tarasu i sali restauracyjnej jednocześnie, ponieważ nie chcemy żeby ludzie czekali na jedzenie godzinami. Poniedziałki są wolne dlatego, że sama gotuję. Nie ma talerza, którego sama nie przygotowuję lub przynajmniej nie sprawdzam, a nie jestem w stanie 7 dni w tygodniu stać w kuchni przez tyle godzin. Ale najważniejsze jest dla mnie to, że jeszcze nie było gościa, który nie skończyłby całej porcji i któremu by nie smakowało.

Od zakończenia pierwszej edycji Masterchefa minęło ponad półtora roku. Nadal zdarza się, że ludzie rozpoznają Cię na ulicy?

B.R.: Tak, nawet teraz ludzie przychodzą i proszą o zdjęcia i autografy i jest to bardzo miłe, bo minęło już sporo czasu od zakończenia programu. Oprócz zainteresowania ze strony mediów, na utrzymującą się popularność miała zapewne wpływ moja druga książka. Bardzo cieszą mnie sygnały, że czytelnicy pozytywnie ją odebrali, ponieważ jest bardzo osobista - zawiera historie z mojego życia i przepisy które wykorzystuję na specjalne okazje, jak na przykład danie z mojego weselnego menu.

Agnieszka Sulikowska: Czasami tak, ale częściej zdarzało się to w Rzeszowie, gdzie byłam kimś na kształt lokalnej gwiazdy. Na szczęście mam już święty spokój, choć bywa że ludzie odwiedzający restaurację pytają o program i o naszą znajomość. Najdziwniej czułam się kiedy pojechałam do Włoch i w sklepie w maleńkiej miejscowości podeszli do mnie Polacy i powiedzieli że kojarzą mnie z telewizji.

Basia pracuje w kuchni, a Agnieszka?

B.R.: Jest managerem sali. Po roku pracy jako szef kuchni w Rzeszowie miała dosyć, powiedziała że na razie nie chce gotować.

Restauracja Basi Ritz, zwyciężczyni pierwszej polskiej edycji programu MasterchefFot. Łukasz Głowala/AG

Dlaczego nie gotujesz w Ritzu?

A.S.: Musiałyśmy podzielić się rolami, ale z chęcią przyjęłam pozycję managerki. Po pół roku pracy jako szef kuchni w hotelu trochę obrzydło mi gotowanie, bo tam menu zmienia się bardzo rzadko i czułam się ograniczona kreatywnie.

Spełniłaś swoje największe marzenie - Ritz ruszył pełną parą. Co dalej?

B.R.: Mam jeszcze jedno wielkie marzenie, ale spełnię je dopiero wtedy, kiedy zauważę, że restauracja to tylko praca, a nie pasja. Marzy mi się podróż statkiem dookoła świata.

Restauracja Ritz, ul. Szafarnia 6, Gdańsk. Lokal czynny jest od wtorku do niedzieli od 13 do 22.


ZOBACZ:

Co Basia Ritz robiła po wygraniu "Masterchefa"? "Obierałam ziemniaki, szorowałam grille" [WYWIAD]

Open'er od kuchni, czyli co jedzą festiwalowicze [WIDEO]

Zostań fanem Namonciaku na Facebooku

Skomentuj:

Musisz się zalogować, by dodać komentarz. Jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.

Komentarze (2)

  • iguassu

    Oceniono 30 razy 18

    Droga Basiu, w Polsce nie tylko trudna jest rzeczywistość restauratora, ale również wszystkich którzy wykazuja się przedsiębiorczością, pomysłowością i chęciami! Jednym słowem miec własną firmę, w tym porypanym kraju, to kupa nerwów, stresu i wieczna walka z wiatrakami.

  • wilbik.a

    Oceniono 3 razy 3

    Brawo Basiu!
    KIBICUJEMY

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX